W pracowni mistrza Naliwajko – przelotem

Kiedy to tylko możliwe wpadamy do Piotra. Dobrą kawę robi, taką jak trzeba, z fusami, w wielkim ceramicznym kubku. Śmieszne rzeczy opowiada i można się napatrzeć.  Nawdychać też się można. Porządnie, takim prawdziwym zapachem pracowni. Widzieliśmy się dawno, bo w czerwcu tuż przed naszym wyjazdem do Włoch. Już wtedy Piotr zaskoczył nas totalnie. Co tam “zaskoczył”, doznaliśmy szoku, potężnego pozytywnego kopa i… muszę to napisać – pokochaliśmy Piotra bardziej. Za odwagę, za czyny, za siłę. To, że artysta jest w nieustannym procesie, wiedzieliśmy od dawna ale jego ostatnie poszukiwania oraz ich efekty, po prostu nas powaliły. Zaniechać poszukiwań, to przestać być artystą, gdyż nie ma sztuki tam, gdzie jest monotonia i rutyna. Piotr doskonale to wie, ale że pamięć ludzka bywa zawodna, na wszelki wypadek wykaligrafował starannie na kartce pewne zdanie, cytat ze Świętego Augustyna. Kartkę przypiął pinezką na drzwiach wejściowych do swojej pracowni, od ich wewnętrznej strony, dokładnie na wysokości oczu : „W dniu, w którym powiesz dość, umarłeś”

Święty Augustyn może być z siebie dumny, bo aforyzm podziałał. Na nas również. A Piotr? No cóż, zapewniam Was, że artystycznie żyje na całego i szykuje naprawdę niezły numer.

I tu muszę zamilknąć, aby nie zdradzać tajemnicy przed wydarzeniem jakie odbędzie się dosłownie za chwilę (styczeń 2022). Wystawa ta ma ukazać światu zupełnie nowego “wujka Naliwajko”

Jednakże, aby tak podle nie zostawiać Was w niedosycie, opowiem anegdotkę, mającą związek z ostatnią, lipcową prezentacją twórczości Piotra. Miało to miejsce w Miejskiej Galerii Sztuki w mieście Częstochowa. Praca malarza polega na tym, że maluje. Kiedy już coś namaluje, winien pokazać to publicznie. W ten sposób artysta przemawia do ludzi. Pokazuje im to, co stworzył i prowokuje do dyskusji. Czasem nawet do myślenia. Wystawy są bardzo ważne dla każdego artysty, bo sztuka żyje, gdy jest widziana! Ale co wtedy, kiedy organizator wystawy wymaga od twórców zrealizowania określonego tematu? Niektórzy nie mają nic przeciwko temu, inni nie lubią pracować  na zamówienie. A co, jeśli artyście temat zupełnie nie leży?

 

Koń stworzony z miłości i wiatru

Koń arabski to szczególna rasa. Sięgając do historii, dowiadujemy się, że kiedy Allah stworzył konia, to zrobił to “z miłości i wiatru”.

I taka właśnie jest istota konia.

Koń, kiedy się boi, ucieka i wtedy powiewają jego grzywa i ogon, widać jak niemal nie dotyka kopytami ziemi. I to ten wiatr pędzi konia w nieznane, a my jako ludzie próbujemy go dosięgnąć nie tylko obiektywem aparatu, nie tylko muśnięciem pędzla na płótnie, ale kiedy go dosiadamy, to stajemy się takim wiatrem, jak on.

I to niesie nas przez życie”

Wystawa “Z miłości i wiatru” miała, by tak rzec, dość ogólne założenia. Miała być działaniem artystycznym i edukacyjnym. Wśród odwiedzających – a były nimi szczególnie dzieci i młodzież – miała szerzyć wiedzę o polskiej historii, kulturze i sztuce, bo przecież koń to jeden z motywów polskości jest.

Znamy się z Piotrem nie od dziś i mamy podobne zdania na temat roli sztuki. I o ile motyw związany z fotografią, w kontekście wydarzeń w stadninie w Janowie, był ciekawym wątkiem wystawy, to już prezentacja prac malarskich – niekoniecznie.

Już będąc na studiach Piotr musiał zmagać się z oceną, że jego sztuka jest przeintelektualizowana. Musiał jakoś odnosić się do tych zarzutów, malował więc „idee krajobrazów”. Pewne ich modele, odpowiednio podrasowane znakomicie się sprzedawały. Taki na przykład ruczaj wijący się przez pola, albo piaszczysta droga we wschodniej Polsce, poranek w świerkowym lesie, wiosna z brzozami, park i zwalone drzewo z zajączkami światła, wykroty w wilgotnym gaju  i oczywiście – młyn! Młyny wchodziły miękko w świadomość ludzką i potrafiły nieźle podreperować skromny, studencki budżet. Tak jak zresztą i konie…

Piotr bardzo dawno temu skończył akademię. Zapewniam też, że doskonale zdaje sobie sprawę, iż takowe malarstwo – choć owszem może być świetne warsztatowo i może się podobać – pozostaje daleko w tyle, nie pretendując do tego, czego dziś oczekujemy od współczesnej sztuki, jako odważnego aktu kreacji. Jak więc odpowiedział na zaproszenie do udziału w wystawie? Jego nazwisko znalazło się pośród uczestników.

Otóż zrobił to absolutnie w swoim stylu. Jako że koni “nie zwykł malować”, na wystawę wysłał Ułanów. Publiczność musiała się z nimi zmierzyć, gdyż obraz uzupełnił częstochowską ekspozycję. Ciekawe dlaczego reprodukcji tego dzieła nie można znaleźć w Sieci…?

To tyle z relacji o miłości i wietrze, gościliśmy wszak u mistrza przelotem. Choć przyznaję, że na dłuższą chwilę przysiadłam do stołu. Dyskusja przy nim jest niebywale frapująca, prawda?

Ps. Obiecuję przypomnieć o dacie najbliższej wystawy i już nie mogę się doczekać, by móc o niej napisać.

Cytat zaczerpnięty z artykułu Gazety Regionalnej, całość publikacji dostępna pod linkiem: “Koń stworzony z miłości i wiatru”

W pracowni Mistrza Naliwajko – przelotem