Krytyka. Martwi dziś jej słabnąca rola. Czyż nie ona – krytyka- ma tworzyć osąd traktujący wpierw o walorach artystycznych dzieła sztuki, a dopiero potem o jego wartości rynkowej? 

Wcielając się w postać współczesnego odbiorcy udałam się w podróż w poszukiwaniu rokujących na przyszłość twórców tak zwanego „młodego pokolenia”. Najpierw była to podróż wirtualna. Żmudna, bo wymagająca przejrzenia tysiąca internetowych stron, a ponieważ obszar  zainteresowań zawęziłam do terminu „budowania kolekcji”, nie zaś tworzenia „zbioru przedmiotów ładnych”, podróż ta wkrótce stała się morderczo wyczerpującą ekspedycją.

Podzielę się efektami poszukiwań przysłowiowej „igły w stogu siana” na grupie social mediów. Grupa Młoda Sztuka to społeczność otwarta, liczy sobie prawie czterdzieści tysięcy członków, co stanowi zarówno jej wielki potencjał jak i groźny nadmiar. Społeczność rozrasta się w postępie geometrycznym. Nikt grupy nie moderuje, zatem zasadą jest brak jakichkolwiek zasad. Grupa stanowi doskonałe odzwierciedlenie tego, jak funkcjonuje współczesny rynek młodej sztuki. Przeważają tu treści miałkie, samochwalcze, po prostu kiepskie i jest ich zdecydowana większość. Istotnym aspektem kiczowatości tego miejsca są wszelkiego rodzaju „artyzmy”, których celem jest uwieść banałem jak największą masę. Idealne środowisko dla przeprowadzenia śmiałego eksperymentu, który zakładał umiejscowienie posta o następującej treści:

„Witaj Młoda Sztuko,
szukam twórców, których wyróżnia odwaga, zamysł i treść wyrażana przez umiejętności. Artystów, którzy są gotowi na wymagającą rozmowę. Słowa klucze: #mądrość, #wartość, #artysta. Zapraszam do kontaktu wszystkich, którzy są tutaj niekoniecznie dla zgiełku, lansu i próżnego poklasku. W wiadomości prywatnej napisz do mnie co tworzysz i dlaczego to robisz?”

 

Choć test ocierał się o znamiona aktu desperacji, intuicja nie zawiodła. Ten kto szuka, ten znajdzie. Post spotkał się interakcją zaledwie siedemnastu członków grupy. Na wiadomość prywatną odpisało sześciu artystów. Smutna statystyka.

Pośród tej garstki dwie wirtualne wymiany zdań rozwinęły się w korespondencję na tyle intrygującą, że postanowiłam spotkać się w realnym świecie z jednym z rozmówców.  Zaproponowałam wizytę w naturalnym środowisku każdego prawdziwego artysty, jaką jest jego pracownia. I tak oto nasz cykl ewoluował na kolejny poziom.

Tropienie Młodej Sztuki opuściło wymiar imaginacji, stając się prawdziwie ekscytującą wyprawą w głąb artystycznych światów. Dobra Krytyka nie zadowala się przecież samą analizą dzieł ale śledzi ich autorów, bada ich motywy i poznaje kontekst. W ten sposób tworzy kręgi, budując potężną sieć. Tak powstaje piękna i mądra historia. Ta historia rozpoczyna się w mieście upadłych, secesyjnych kamienic, wymarłych królów i niestrasznych nikomu, podstarzałych smoków. 

obrazy Piotr

Piotr Kolanko

P1110769

z butelka


Piotr K

Piotr tytulowy

Pracowania Piotra Kolanko 2

pracownia

Pracownia Piotra Kolanko Krakow

“Dlaczego – po wielkich artystach – ludzie ciągle próbują coś tworzyć? Tylko dlatego, że z pokolenia na pokolenie, mimo dorobku wielkich artystów, zmienia się instynkt. W miarę jak  zmienia się instynkt, odnawia się przeświadczenie, że można przetworzyć coś jeszcze raz, bardziej wyraźnie, dokładnie, dobitnie“.

Francis Bacon

Na miejsce spotkania wybieramy Zwierzyniecką.  Z ruchliwej ulicy wchodzimy w bramę zaniedbanej kamienicy. Miejsce swoją świetność ma już dawno za sobą, pomimo to pulsuje życiem. Mijamy obrośnięty dziką roślinnością dziedziniec, wspinamy się po skrzypiących schodach na piętro. Panuje tu dostojna cisza. Zewsząd wydobywa się znajomy zapach farb. Zanim wejdę do środka pracowni, dostrzegam kątem oka plakat naklejony na ścianę, z której odpada tynk. „No Hope” krzyczy dobitnie jego żółty napis. Gospodarz wita nas serdecznie, pozwala robić zdjęcia. Wprowadził się tutaj niedawno, właściwie nie zdążył jeszcze zaanektować przestrzeni. Tylko jeden pokój przypomina miejsce pracy, reszta pomieszczeń stanowi składowisko przedmiotów zbędnych. Pracownia jest jasna, uporządkowana, zaprojektowana funkcjonalnie. Duży stół pod oknem, mniejszy stolik –  przy kaflowym piecu. Na stole wycięte szablony z linoleum. Rysunek. Linoryt. Malarstwo. Przez ogromne szyby wpływa naturalne światło. Jedna ze ścian odkrywa cegłę. Wszędzie wiszą prace o sporych rozmiarach, kilka z nich opiera się o siebie tworząc razem spójną kompozycję. Dziwna to rzeczywistość. Pozorny chaos, który jednocześnie wydaje się być harmonijny. Mam wrażenie jakbym przebywała w jakimś naturalnym środowisku, w którym wszystko składa się w jeden kompleksowy przekaz. Zmieniam pozycję i zmienia się obraz, konstytuując się na bieżąco w czasie, gdy na niego patrzę. Pierwsze wrażenie niesie skojarzenie z odmiennym stanem świadomości. Jak w transie tańczą tony barwne, tworząc nowe formy, które nakładają się wzajemnie przenikając. Drgają niczym cienie rzucane przez popołudniowe słońce. Czerń, szarości, błękity, czasem jaskrawa plama o kontrastującym odcieniu, każąca skupić na sobie uwagę. Doskonałe wyczucie kompozycji, intrygujące rozłożenie napięć.  Po prostu – szamański świat niejakiego Piotra Kolanko.

Gospodarz nie pozwala zbyt długo przyglądać się swoim obrazom, zaprasza nas pospiesznie w kolejne miejsce. Ten roześmiany chłopak jest rzadkim przykładem artysty, który nie skupia się wyłącznie na sobie. W czasie, gdy przemierzamy ulice Krakowa Piotr opowiada nam o Ufo Art Gallery, o tegorocznej edycji Krakers, która nieoczekiwanie wypadła lepiej niż zwykle. O wspólnym projekcie “Falling wall”, który stworzyli razem z Adą Gajdziszewską i Krzysiem Marchlakiem. Słuchamy o wypadach po inspiracje do Berlina i przyznajemy rację, że to miejsce ma potężne grawitacyjne oddziaływanie na młodych twórców. Najprawdopodobniej tam, tworzy się nowy ośrodek, centrum współczesnej sztuki. Piotr opowiada o swej fascynacji twórczością niejakiego Konrada Peszko oraz o kosmicznym doktoracie Radima Korosa, do pracowni którego właśnie się udajemy. Zanim to jednak nastąpi odwiedzamy jeszcze jedno miejsce. Mijając długi korytarz dawnego hotelu Cracovia, wchodzimy do przestronnych, białych wnętrz, które z powodzeniem mogą stanowić przestrzeń ekspozycyjną. Zresztą główna sala pełni taką funkcję. Wypełnia ją monumentalna instalacja. Ogromne skrzydła parawanu stanowią malarskie przedstawienie, w którym kontrastujące ze sobą czerń i biel, wyrzucają szarość i  kolor, w postaci jednego kobaltowego punktu, umiejscowionego w górnym rogu pracy. Całość stanowi metaforyczne odniesienie do dychotomicznej rzeczywistości, w jakiej przyszło nam żyć. Jest niczym astralny świat, który konstruuje się poprzez poziomy i fraktale. Rozrasta się i wypełnia przestrzeń swą obecnością. Przed parawanem ustawiono geometryczne rzeźby wycięte ze stali i pomalowane w biało czarne pasy, co potęguje wrażenie istnienia obiektu w kilku wymiarach. Rzeźby ze stali są pracą Ady Gajdziszewskiej. Koegzystują razem z obrazem, tworząc jedno uniwersum, wciąż rozwijającą się formę, która podlega coraz większej fenomenalizacji.

Kwiaty paprocie Cracovia

instalacja Ady i Piotra

rozmowy

Piotr zapytany o motywy powstania dzieła, opowiada o fascynacji Heglem, przyznaje, że dogłębnie studiował religioznawstwo, oraz że wierzy w istnienie siły większej od człowieka. Przyznaje też, że praca może być odbierana w charakterze dzieła kontemplacyjnego, podobnie jak inna instalacja “Falling wall”, która wystawiana była w tym samym miejscu.Ciekawi mnie jak wyglądała ta praca, skoro słyszę o niej kolejny raz. Na szczęście Ada zmontowała  film, zatem mogę obejrzeć ją sobie na ekranie komputera. Instalacji towarzyszy dźwięk. To nagranie wibracji jakie dochodzą z kosmosu, gdzie każda planeta wydziela swój własny ton. Dźwięk rozchodzi się i  drżąc ogarnia całe ciało. Moment przenikania wzmaga wrażenie niepokoju i nieuchronność kresu, co potwierdza widok pochyłej płaszczyzny, która zdaje się za chwilę spaść wprost na smugę cienia rozpostartą na podłodze. Pod ścianą „rosną” sobie małe, kruche rzeczy, wyglądające jak jakiś mikro świat, który zdaje się wcale nie przejmować nadchodzącą zagładą. Żyje nadal, pomimo fatum śmierci. Instalacja jest tak sugestywna, że nie wymaga komentarza, mimo to czytam uważnie tekst kuratorski :

„Świat nawet w momencie własnej anihilacji nadal tworzy życie. W tym ułamku chwili przed upadkiem rodzi się nowe istnienie. Wszystko biegnie swoim rytmem, w nieświadomości i nadziei na kontinuum. (..) Wszystko trwa – do samego końca zmienia się wszystko i nic. W świecie materii nie ma rozstrzygnięć, są tylko przejścia od stanu do stanu”

Dzieło aż prosi się o pokazanie go w przestrzeni jakiegoś muzeum, niesie przekaz totalny, osadzający odbiorcę w kontekście filozoficznego myślenia o życiu i śmierci. Piotr żartuje, że chyba nie są już takimi młodymi artystami, skoro nie bawią ich kontrowersje i poszukują raczej sensów egzystencjalnych. Mnie urzekają prawie wszystkie zobaczone prace, zostają w pamięci, nie tylko przez ich intelektualną wartość ale również dzięki bardzo konsekwentnej estetyce, którą można z powodzeniem nazwać stylem. Piotr Kolanko – artysta uwikłany w prawdziwy świat, w którym uobecnia autentyczne doświadczenia i zmagania. Mówi, że całe piękno cywilizacji kryje się w jej kolektywnym znaczeniu. Dlatego nie zamyka się we własnej pracowni, lecz otwiera na współdziałanie. Jestem też pod wrażeniem odwagi Ady. Odwaga jest bardzo estetyczna, zwłaszcza, gdy nie bojąc się eksperymentu ujarzmia materiał hardy jak stal, tnąc go i wyginając, znajdując powiązania we wspólnym mianowniku sztuki, sprawiając, że malarstwo wybrzmiewa dzięki obecności rzeźby, a rzeźba uzupełnia malarstwo.  Siedzimy sobie razem, pijąc kawę, paląc papierosy i rozprawiając o stylach i nurtach, jakbyśmy żyli tuż obok tego pięknego świata, jednocześnie będąc jego częścią.

–  Kim jesteś? – Pytam Piotra. – Jako artysta, czy człowiek? – odpowiada buńczucznie pytaniem na pytanie, wybuchając zaraźliwym śmiechem. – Po trochu jestem abstrakcjonistą, znajdującym się w procesie świadomo – nieświadomym. Tworząc, jestem ciekawy i spontaniczny, niczym dziecko. Jednocześnie wciąż pragnę weryfikować, jak dalece potrafię zabawić się środkami w przypadku tak, aby on stał się okiełznany. To jest ten poziom sztuki, który chcę uprawiać i rozwijać. Pragnę władać przypadkiem, mając jednocześnie świadomość, że sztuka potrzebuje momentów granicznych.  Czasem jestem nazbyt niepokorny w kontakcie z odbiorcą ale bardzo pokorny wobec rzemiosła. Szkoda mi życia na bylejakość, na pośredniość i amorfizm. Uczę się autokrytyki. Wiem, że kiedy maluję będąc w fazie rozdmuchanego Ego – maluje shit. Muszę zejść z siebie, przestać budować koncepcje na swój temat, swoje o sobie wyobrażenie, bo przecież i tak znajduję się jednocześnie w wielu rzeczywistościach, które mają swoje cykle przemian. Jestem  tym co wybiera, tym co nadaje zwrot, tym co rozumie, tym – przez co przepływa wszechświat. Fajnie jest być tym kimś, kim się jest i nie trzeba być już nikim więcej. Wtedy tworzą się dobre rzeczy.

Udajemy się w odwiedziny do pracowni Radima Korosa. Za chwilę dotrzemy do kolejnego świata nie z tej ziemi, w którym wciąż stoi świąteczna choinka, pies wygląda jak baranek, a herbatę dla czterech osób parzy się z jednej torebki. O poszukiwaniu synergii pomiędzy człowiekiem a maszyną w procesie tworzenia sztuki, opowiem w kolejnym odcinku. Tymczasem wyruszam do Gdańska, Olsztyna i Wrocławia, gdzie spotkam się „oko w oko” z kolejnymi bohaterami naszego cyklu. Młoda Sztuka, drodzy Państwo, jednak żyje i ma się dobrze – doceńmy ją zanim zrobią to zagraniczni kolekcjonerzy, a nasi bohaterowie postanowią poważnie rozważyć emigrację.

Kraków, 30 wrzesień 2021